Wspomnienia, wspomnienia – dobrze że
są, co prawda zdarzają się różne i te miłe i te gorsze lub
całkiem złe. Mnie naszło na te miłe i młodzieńcze. Koniec
szkoły podstawowej, średnia już wybrana, wakacje się zaczęły i
wraz z nimi pierwsza miłość tylko ta już bardziej poważna nie
taka przedszkolna. Na początku spotykaliśmy się na gruncie
neutralnym, z dala od naszych domów i rodziców. Jak to pierwsza
miłość trochę wstydliwa i dlatego w ukryciu i sekrecie przed
rodzicami, bo co powiedzą, że jeszcze za wcześnie, że najpierw
szkoła i tym podobne. Nasze pierwsze spotkania odbywały się w
kawiarni gdzie chodziliśmy na najlepsze mrożone ciasto i herbatę,
dowiedzieliśmy się w międzyczasie tych naszych schadzek że było
marki Ambasador 92. Jak się okazało obydwoje wybraliśmy to samo
liceum i cieszyliśmy się z tego bardzo, bo mogliśmy się spotykać
nawet na przerwach, ale póki co było przed nami zapoznanie z
rodzicami i rodzeństwem. W połowie wakacji doszliśmy do wniosku,
że pora przestać się ukrywać i czas na zapoznanie. Pewnego dnia
kiedy siadaliśmy do obiadu na który były moje ulubione najlepsze mrożone warzywa przygotowane w parowarze, zadzwonił dzwonek.
Otwieram a tam stoi moja miłość z bukietem frezji dla mojej mamy.
Wszedł przywitał się i oczarował moją rodzinę swoją kulturą,
humorem, zachowaniem. Oczywiście zjadł z nami obiad i oficjalnie
został zaakceptowany z czego się bardzo ucieszył, a ja wiedziałam,
że tak będzie i byłam to spokojna. Skoro ja sobie go wybrałam i
pokochałam rodzinie też musiał się spodobać, bo my akceptujemy
swoje wybory i decyzje, no chyba że już naprawdę są złe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz