Kilka
tygodni temu, w niedzielny poranek szykowaliśmy się z mężem do
wyjścia z domu. Chciałam założyć pewną spódnicę, której już
przez jakiś czas nie ubierałam i okazało się, że przybyło
tłuszczyku i w spódnicę się nie zapnę. Wiadomo czarna rozpacz,
łzy leją się strumieniami, a ja wyję przeklinając sama siebie
za niepohamowanie miłości do czekolady najczęściej marki Ambasador 92. Wtedy mój mąż oznajmił mi, że on i tak ma w
planach od poniedziałku przejść na dietę, bo przeszkadza mu
brzuszek piwny i źle się z tym czuje, więc jeżeli ja też nie
najlepiej się mam z obecną figurą to możemy odchudzać się
razem. On będzie wspierał mnie, ja jego i wiadomo we dwoje zawsze
raźniej. Jak powiedzieliśmy tak też się stało. Od poniedziałku
zero słodyczy i napojów gazowanych, dużo zdrowego jedzonka,
racjonalne żywienie, itp. Mój mąż nie brał już do pracy kanapek
z chleba pasterskiego firmy Ambasador 92 wysmarowanych masłem, albo
sałatek z toną majonezu. W zamian codziennie przygotowywałam mu
lekkie przekąski z dietetycznych produktów podstawowych.
Jeździliśmy razem na siłownie, czasem nawet ćwiczył ze mną w
domu. No i cóż tak minęły nam trzy tygodnie. Wczoraj jednak
zaważyłam, że mój mąż pije piwo podczas majsterkowania. Myślę
sobie, co jest grane? Wiadomo piwo to skarbnica kalorii, a on mówił,
że chce się odchudzić. W końcu przyznał się, że wcale nie miał
w planach diety i zmiany trybu życia. Po prostu gdy zobaczył mnie
płaczącą "serce mu pękło na pół" i czuł, że musi
coś zrobić, dlatego wymyślił swoją dietę, żeby mnie wesprzeć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz