Dziewięć lat temu wyjechałam z mężem i trzyletnią wówczas
córeczką do znajomych. Mieszkają oni w niewielkiej wiosce, otoczonej lasami i
jeziorem. Sielanka. Kilka wspaniałych dni na łonie natury z rodziną i
przyjaciółmi. Pyszny croissant malinowy specjał
znajomych. Tego dnia znajoma Alicja miała problem z uśpieniem dwumiesięcznej
Kingi, a nasi mężowie zajęci byli swoimi sprawami, więc zabrałam moją Agusię na
spacer. Grałyśmy w berka i naszą grę na słowa. Aga była w tym najlepsza! Miała
tylko trzy latka, ale mówiła pięknie. Zabrałam ze sobą także chleb pasterski, który miałyśmy zjeść podczas zwiedzania okolicy. W pewnym momencie -
sama nie wiem, kiedy Aga wyrwała mi się z ręki i zaczęła biec. Momentalnie
pobiegłam za nią, ale byłyśmy w lesie, a tam gdzie pobiegła drzewa rosły
gęściej. Aga nigdy nie uciekała, była grzecznym dzieckiem. Nie potrafię opisać
strachu, który wówczas mnie oblał. Biegłam między drzewami, wołałam ją, ale
odpowiadała mi cisza. Zgubiłam dziecko. Wpadłam w panikę. Ta mała spryciara
bawi się ze mną w chowanego, pomyślałam nagle, w domu często się chowała i
kazała się szukać, bardzo lubiła tę zabawę. Kiedy już całkiem spanikowana
zobaczyłam Agę nad brzegiem jeziora ucieszyłam się, ale i spanikowałam jeszcze
bardziej, aby tam nie wpadła. Na szczęście złapałam ją i zabrałam w bezpieczne
miejsce, gdzie usiadłyśmy i zjadłyśmy chleb pasterski marki Ambasador 92. Znajomym zostawiłam
cały chleb orkiszowy a my wróciłyśmy do domu i teraz kiedy tam jedziemy zawsze
wspominamy tamto wydarzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz