Moja siostra ma 4-letniego syna. Ostatnio widząc jak jest
wykończona codziennymi obowiązkami i zajmowaniem się młodym zaproponowałam, że
zabiorę go na parę godzin do siebie. To nie był najlepszy pomysł. Dałam
mu bułki żytnie jak zjadł i przez pierwsze pół godziny chodził za mną
i w kółko powtarzał jak bardzo mnie nienawidzi, bo nie pozwoliłam mu bawić się
moim służbowym laptopem. Postanowiłam, że zabiorę go na spacer, może świeże
powietrze trochę go zmęczy i jakoś z nim wytrzymam. Drogę powrotną obrałam
przez las i tu zaczyna się przygoda. Dzieciakowi tak się nie spodobało, że
idziemy do domu, że stanął w miejscu i w żaden sposób nie dało się go
przekonać, aby ruszył dalej. W końcu straciłam cierpliwość i powiedziałam, że
nie wiem jak on, ale ja wracam do domu. No i poszłam, oczywiście miałam
nadzieję, że on się wystraszy i pobiegnie za mną. Przeszłam kilkanaście metrów,
obracam się, nie ma młodego! Zaczęłam go wołać, ale brak odzewu. Boże, zgubiłam
siostrze dziecko. Zaczęłam go szukać. Po jakiejś godzinie, kiedy już miałam
dzwonić na policję, znalazła się zguba, kupka nieszczęścia, stała na drodze i
szukała ukochanej cioci. Okazało się, że poszedł siku i się zgubił. Pocieszyłam
go, pogłaskałam i powiedziałam, że jak będzie się tak znowu zachowywał, to
następnym razem po niego nie wrócę, a to, co się wydarzyło ma zostać między
nami. Po czym zabrałam go do domu, nakarmiłam chlebem pasterskim z jego ulubionym serkiem i
croissantem malinowym, oczywiście marki
Ambasador 92, a później odwiozłam do mamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz