środa, 14 października 2015

Przygoda w lesie

Z samego rana wybrałam się z tatą na grzyby. Po śniadaniu na które jedliśmy najlepszy mrożony chleb. Dzień był słoneczny i ciepły. Przez ostatnie dwa dni padał deszcz, więc spodziewaliśmy się obfitego wysypu grzybów. Gdy doszliśmy do lasu tata postanowił, że się rozdzielimy, ale tak żebyśmy byli w zasięgu wzroku. Na początku co raz zerkałam na tatę, jednak po godzinie trafiłam na takie grzyby, że zapomniałam o wszystkim. Kiedy już miałam pełny kosz, zadowolona skierowałam się w kierunku gdzie był tata jednak go nie zobaczyłem, zagwizdałam w charakterystyczny sposób, ale tata nie odpowiadał. Potem kilkakrotnie nawoływałam go, ale bez odpowiedzi. Kierowałam się cały czas w kierunku, który wydawał się właściwy. Weszłam w końcu w takie gęstwiny, że trudno się było przez nie przedostać. Zmęczona usiadłam na jakimś pieńku, kosz postawiłam obok i usłyszałam wtedy chrząkanie, które przypominało odgłos dzika, ale pomyślałam, że to tata robi mi głupi kawał. Ale nic, żadnej odpowiedzi, tylko cały czas chrząkanie. Nagle patrzę i własnym oczom nie wierzę, jakieś dwadzieścia pięć metrów ode mnie ujrzałam gromadę dzików. Zerwałam się na równe nogi i jak najciszej oddaliłem się od tego miejsca. Po jakiś piętnastu minutach, o dziwo natknęłam się na tatę, który w koszu miał zaledwie kilka grzybów. Opowiedziałem co mi się przytrafiło. Dopiero wtedy zauważyłam, że nie mam kosza z grzybami. Wróciliśmy w to miejsce. Dzików nie było, ale i moich grzybów też nie było. Po powrocie do domu niestety mama musiała zrobić pierogi z mrożonych produktów marki Ambasador 92 ponieważ grzyby zjadły dziki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz