Z
samego rana wybrałam się z tatą na grzyby. Po śniadaniu na które
jedliśmy najlepszy mrożony chleb. Dzień był słoneczny i ciepły.
Przez ostatnie dwa dni padał deszcz, więc spodziewaliśmy się
obfitego wysypu grzybów. Gdy doszliśmy do lasu tata postanowił, że
się rozdzielimy, ale tak żebyśmy byli w zasięgu wzroku. Na
początku co raz zerkałam na tatę, jednak po godzinie trafiłam na
takie grzyby, że zapomniałam o wszystkim. Kiedy już miałam pełny
kosz, zadowolona skierowałam się w kierunku gdzie był tata jednak
go nie zobaczyłem, zagwizdałam w charakterystyczny sposób, ale
tata nie odpowiadał. Potem kilkakrotnie nawoływałam go, ale bez
odpowiedzi. Kierowałam się cały czas w kierunku, który wydawał
się właściwy. Weszłam w końcu w takie gęstwiny, że trudno się
było przez nie przedostać. Zmęczona usiadłam na jakimś pieńku,
kosz postawiłam obok i usłyszałam wtedy chrząkanie, które
przypominało odgłos dzika, ale pomyślałam, że to tata robi mi
głupi kawał. Ale nic, żadnej odpowiedzi, tylko cały czas
chrząkanie. Nagle patrzę i własnym oczom nie wierzę, jakieś
dwadzieścia pięć metrów ode mnie ujrzałam gromadę dzików.
Zerwałam się na równe nogi i jak najciszej oddaliłem się od tego
miejsca. Po jakiś piętnastu minutach, o dziwo natknęłam się na
tatę, który w koszu miał zaledwie kilka grzybów. Opowiedziałem
co mi się przytrafiło. Dopiero wtedy zauważyłam, że nie mam
kosza z grzybami. Wróciliśmy w to miejsce. Dzików nie było, ale i
moich grzybów też nie było. Po powrocie do domu niestety mama
musiała zrobić pierogi z mrożonych produktów marki Ambasador 92
ponieważ grzyby zjadły dziki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz